Razu pewnego (kiedy dokładnie, nie pomnę), zdarzyło mi się wypaść zza zakrętu przy Landzie i napotkać pewnego staruszka. Osobnik ów podążał w tym samym kierunku, wektor swej podróży miawszy nawet długości podobnej, lecz zwrotu przeciwnego.
Kto cokolwiek ze szkoły podstawowej pamięta, szybko porachuje, że zdarzenie to musiało się zakończyć nagłym dość spotkaniem, które ku uciesze mojej, a konsternacji gawiedzi, zaowocowało ze strony staruszka gromkim:
"Jak się nie ma nogi, to się nie chodzi!"
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz